Aktualności
SŁYSZĘ CYFROWO
Phil Jensky - mieszka w Krakowie, student kulturoznawstwa i filmoznawstwa. Za deckami stanął w 2005 roku. Początkowo zafascynował go ambient i progressive, ale jego pasja rozwijała się wraz z odkrywaniem coraz ciekawszych dźwięków. Obecnie w jego setach panują głównie tech-house i deep'y + progressive. Nie ogranicza sie tylko do jednego gatunku. Uważa, że dobry set, to nie tylko taki, który jest spójny, ale który także niesie ze sobą dawkę różnorodnych emocji.
Z krakowskim DJ-em o rytmie, tonacji, “cyfrowym” słuchu rozmawia Agnieszka Barańska.
Agnieszka Barańska: Didżej (DJ) to bardzo szerokie określenie. DJ może pracować w radiu i prowadzić muzyczne audycje, grać w klubach albo zabawiać weselnych gości "Majteczkami w kropeczki".
Phil Jensky: Jest jedna cecha, która łączy ich wszystkich: DJ prezentuje cudze utwory. Może je miksować, tworząc nową jakość, ale jeśli tworzy coś swojego to już jest produ-centem. Oczywiście są tacy, którzy równocześnie są i DJ-ami i producentami, a wtedy mogą grać swoje własne utwory. Ja jestem DJ-em, który gra w klubach.
Agnieszka Barańska: Z czego korzystasz tworząc swoje sety?
Phil Jensky: Kiedyś miksowałem z czarnych płyt, teraz raczej używam płyt CD, a
utwory kupuję w internecie, tak jak większość moich kolegów. Jeszcze kilka lat temu DJ-e kupowali winyle w sklepach, w Berlinie, Londynie, szukali na ulicach, na targach. To nie były żadne starocie, po prostu wytwórnie wydające muzykę elektroniczną sprze-dają swoje najnowsze produkcje w internecie i na czarnych krążkach. Ale DJ, który chce grać tylko z winyli ma ograniczony wybór. Z moich obserwacji wynika, że jakieś 30 procent całej muzyki pojawia się na płytach, a cała reszta to mp3 i internet. Poza tym torba pełna czarnych płyt jest strasznie ciężka, np. 50 winyli waży około 30 kilogramów, więc trochę tego jest. Poza tym winyle są drogie...
Agnieszka Barańska: To jak wygląda Twoja praca? Ile czasu zajmuje Ci wyszukanie tego, czego potrzebujesz?
Phil Jensky: Nie jest to proste, bo wybór jest ogromny, a większość utworów do ni-czego się nie nadaje. Więc DJ z tysiąca utworów wybiera pięćdziesiąt, a tylko piętnaście zagra potem w klubach. Jeśli o mnie chodzi, to co parę dni poświęcam kilka godzin na przeszukanie interesujących mnie stron.
Agnieszka Barańska: A skąd wiesz, że to co wybierasz będzie hitem na parkiecie?
Phil Jensky: To chyba najtrudniej wytłumaczyć, bo kieruję się wyłącznie własnym gu-stem. Wybieram numery, które mają w sobie duszę. Muzyka elektroniczna już dawno przestała kojarzyć się z odhumanizowanym bitem, teraz producenci zapraszają muzy-ków, wokalistów, dokładają żywe dźwięki pianina, czy gitary, więc tworzą, można nawet powiedzieć, piosenki, tylko zrobione w oparciu o możliwości elektronicznego sprzętu. Ja przede wszystkim lubię melodię, ale do tańca potrzebny jest rytm, więc staram się wybrać kompozycje, które mnie się podobają, no i sprawdzą się na parkiecie.
Agnieszka Barańska: Ale DJ-e w klubach nie tylko prezentują po kolei utwory.
Mieszają je, miksują, tworząc kompozycje, których wcale nie ma na płytach.
Phil Jensky: Pierwszą rzeczą, jakiej uczy się DJ to składanie numerów. Czyli jak utwór ma 128 bitów na minutę, a drugi 130, to trzeba go tak zwolnić, żeby obydwa ładnie się zgrały i nie pojawił się efekt, jak to my mówimy "tramwaju" albo "koni", czyli takiego pa-tataj patataj. Po angielsku nazywa się to “off beat” i wtedy nie da się tańczyć, bo wypa-da się z rytmu.
Agnieszka Barańska: A wiesz które utwory będą do siebie pasowały?
Phil Jensky: Ja to słyszę. W swoim klaserze mam muzykę i wolniejszą i szybszą, ale wszystkie utwory do siebie pasują. Ale rytm to nie wszystko, dobrze jest jeszcze dopa-sować tonację utworów i to jest wyższa szkoła jazdy. Są do tego specjalne programy, a ja to właśnie słyszę. Gram tonacyjnie, ale nie wiem jak to się dzieje, na pewno pomaga mi intuicja. Kiedy gram jakiś kawałek, to w głowie pojawiają mi się melodie do niego zbliżone i wtedy przypominam sobie, co tak brzmiało i znajduję odpowiedni, kolejny numer. Czasem mam w głowie 3 kompozycje, które do siebie pasują i szybko wybieram, która będzie kontynuacją seta. Czasem można też nakładać utwory na siebie np. DJ gra równocześnie dwa numery i dorzuca do tego linię wokalu albo inne dźwięki jak syrena, werbel, a nawet nagrany w domu dźwięk widelca stukającego o szklankę. Są też DJ-e, którzy w muzykę wplatają przemówienia polityczne.
Agnieszka Barańska: Jak wygląda warsztat pracy?
Phil Jensky: W tej chwili cały sprzęt potrzebny do grania, czyli mikser, gramofony i od-twarzacze CD są w klubach. Ja przychodzę ze swoimi słuchawkami, płytami i umiejęt-nościami. Wielu DJ-ów przynosi też laptopy i gra z winyli cyfrowo, z pomocą specjal-nych programów i urządzeń.
Agnieszka Barańska: Pomimo wszystko wiele osób uważa, że praca DJ-a jest bardziej odtwórcza niż twórcza...
Phil Jensky: Prawdziwy DJ może grać ze wszystkiego - z taśmy, z laptopa, może mieć wszystkie oprogramowania świata, ale maszyna nie zrobi za niego jednego: nie wybie-rze utworów i nie sprawi, że ludzie nie tylko będą się bawić, ale i słuchać. Najwyższy stopień uznania dla DJ-a i jego sztuki to moment, kiedy publiczność jest zwrócona do niego twarzą, reaguje na to co robi i jak miksuje. Wtedy robi się show, ludzie krzyczą, klaszczą, podnoszą ręce do góry i następuje ta szczególna wymiana energii. Im ludzie bardziej się bawią, tym lepiej gra się DJ-owi i odwrotnie. To już nie jest zwykłe granie do tańca, to jest improwizacja, zabawa i wtedy nie jestem w stanie przewidzieć, co jeszcze się wydarzy i jakie utwory wybiorę.
Agnieszka Barańska: Pusty parkiet to chyba najbardziej stresujący widok...
Phil Jensky: Dj ma przede wszystkim grać swoją muzykę, ale musi też zwracać uwagę na to, co się dzieje. Z publicznością jest różnie. Jeśli po półgodzinie parkiet jest pusty, to wcale nie oznacza klęski, bo może ludzie poszli do baru, a może właśnie powoli się wkręcają i zaraz przyjdą. Czasem zdarza się, że grasz godzinę, nie zmieniasz stylu, a tu nagle przychodził tłum i zaczyna się świetnie bawić. Najważniejsze jest to, żeby DJ się nie przejmował, a jak już uzna, że faktycznie muzyka się nie podoba, no to niech ją zmieni.
Agnieszka Barańska: Na jakiej muzyce się wychowałeś?
Phil Jensky: Jako dziecko słuchałem płyt rodziców. To był jazz, Ennio Morricone, Ray Charles, a najbardziej "katowana" przeze mnie muzyka "do poduszki" to Robert Haig Coxon i jego "Kryształowa cisza". Znakomita muzyka relaksacyjna, naprawdę polecam.
Agnieszka Barańska: My tu sobie rozmawiamy o dźwiękach i ich niuansach, a Ty przecież nie-dosłyszysz...
Phil Jensky: To wada wrodzona, ale na szczęście na razie się nie pogarsza. Mam 30-procentowy ubytek słuchu od urodzenia... Chwilę trwało, zanim mama zauważyła, że wielu rzeczy nie rozumiem i nie mówię poprawnie. Gdyby nie ona to pewnie wylądowałbym w szkole dla niesłyszących, a ja poszedłem do normalnej. Owszem, musiałem dużo mówić i czytać na głos, chodzić do logopedy i trochę trwało, zanim zacząłem mówić normalnie i słyszeć dźwięki “ś”,”ć”, bo właśnie z tym mam największe problemy. Ale się udało i dziś mogę żyć normalnie. Natomiast faktycznie, nie wiem jak słyszy normalny człowiek. Ja słyszę cyfrowo. Mam aparat z trzema kanałami, trzema częstotliwościami: niskimi, średnimi i wysokimi, ale lekarz mówił mi też, że są inne apa-raty, np. z 15-oma kanałami. One są tak dobre, że umożliwiają słyszenie lepsze niż normalnie. Wtedy człowiek może nawet pracować jako edytor dźwięku, a w tej pracy trzeba mieć naprawdę doskonały słuch.
Agnieszka Barańska: A Ty masz aparat? W ogóle go nie widać.
Phil Jensky: Bo to są aparaty wewnątrzkanałowe. Jak ktoś mi zajrzy do ucha to zobaczy. To jest rzecz dla ludzi z niedosłuchem do 40 procent. Ale rozwój w tej dziedzinie idzie tak szybko, że za parę lat ludzie z naprawdę wysokim niedosłuchem będą takich uży-wać.
Agnieszka Barańska: A jak radzisz sobie w klubie?
Phil Jensky: Jak idę grać, to je wyjmuję. Większość DJ-ów używa zatyczek do uszu. One eliminują szkodliwe decybele, przyciszają muzykę, ale ludzi, z którymi rozmawiasz sły-szysz normalnie. Za dobre zatyczki trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych. Ja nie muszę niczego takiego używać, po prostu idąc do klubu nie zakładam aparatów słuchowych. One mają takie ustawienie, że przy dużym natężeniu dźwięku zaczyna działać limiter i wtedy nie słyszę głośnej muzyki, ale i tego, co kto mówi. Moja wada chroni mnie przed decybelami, choć prawdę powiedziawszy i ja powinienem mieć za-tyczki. Paradoksalnie okazało się też, że kiedy mam słuchawki na uszach, to słucham przez nie ciszej niż inni. Po prostu mam mniejszą tolerancję na wysokie rejestry i szybciej się męczę. Ale telewizora muszę słuchać głośno i wtedy moja dziewczyna prosi "włóż te swoje aparaty, bo już nie mogę".
Agnieszka Barańska: Co powiedziałbyś wszystkim tym, którzy mają kłopoty ze słuchem i nie wiedzą jak sobie z tym poradzić?
Phil Jensky: Powiedziałbym, że Beethoven jakoś pisał te swoje kompozycje, a był głu-chy jak pień. Jest też film "It's All Gone Pete Tong" o DJ-u, wielkiej gwieździe z Ibizy, który stracił słuch, a jednak pracował. To fikcyjna historia, ale mogłaby być prawdziwa. Jak to możliwe, że ciągle był DJ-em? Po pierwsze - na ekranie komputera widział wid-mo dźwięku, po drugie - miał przecież na scenie odsłuchy, które wytwarzają rytmiczne wibracje, które czuł. On nawet produkował nowe utwory, opierając się na graficznym zapisie dźwięku. To akurat mogłoby być trudne, ale dałoby się zrobić. A jeśli o mnie chodzi, to myślę, że gdyby nie ta moja wada, mógłbym nie trafić na swoją drogę i dziś wcale nie byłbym DJ-em.



















